Tym razem pokonujemy rowerami trasę Kielce – Kraków. To ok 200 km w większości ścieżkami rowerowymi i małymi dróżkami z wieloma atrakcjami po drodze. Piękne i ciekawe tereny!
| Rodzaj trasy: | długodystansowa |
| Szlak: | lokalne szlaki, brak szlaków, Eurovelo 11, Wiślana Trasa Rowerowa |
| Liczba kilometrów: | 205 km |
| Trudność: | łatwa / bardzo łatwa |
| Przewyższenia: | 1150 m ↑ 1200 m ↓ |
| Podłoże: | każde możliwe (poza płytami betonowymi) |
| Drogi: | dużo ścieżek rowerowych, drogi o małym, średnim i dużym natężeniu ruchu, ścieżki i drogi leśne i polne |
| Atrakcje dodatkowe: | Jaskinia Raj, zamek w Chęcinach, dwór starostów chęcińskich, Centrum Nauki Leonardo Da Vinci, Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni, lasy świętokrzyskie, Busko-Zdrój |
| Ślad GPX |
Plan na wycieczkę jest. Szukamy noclegu (w Busku jest kilka opcji) i dojazdu. I tu pojawia się problem. Są rano w sobotę dwa pociągi do Kielc, ale w jednym i w drugim jest tylko 1 miejsce rowerowe. Ratuje nas flixbus, który jedzie o podobnej porze do Helsinek właśnie przez Kielce. No to jedziemy!
Kielce
Z autobusu wysiadamy w Kielcach na dworcu autobusowym – w tym samym miejscu, gdzie zaczynaliśmy przygodę z Green Velo na odcinku Kielce-Przemyśl.

Podjeżdżamy pod dworzec PKP i ul. Sienkiewicza dojeżdżamy do Silnicy. Wzdłuż tej rzeczki jedziemy do Kadzielni.


Jako że poprzednio Kadzielnię widzieliśmy z góry, tym razem decydujemy się przejechać przez nią. Okazuje się, że nie da się dołem dostać na drugą stronę, więc robimy rundkę po rezerwacie i wyjeżdżamy na ul. Pakosz. Na tym terenie są liczne skały wapienne z dużą liczbą jaskiń – można je nawet zwiedzać. My mamy dziś w planach inną jaskinię, więc jedziemy dalej.

Jaskinia Raj
Z Kielc wyjeżdżamy szlakiem Green Velo, ale dość szybko go opuszczamy na rzecz ścieżki przez las. Przejazd ten okazuje się bardzo ciekawy, bo co chwilę można się poczuć jak na pump tracku 🙂 W końcu z lasu musimy wyjechać (kończy się nasza ścieżka) i przejeżdżamy na drugą stronę ul. Krakowskiej na ścieżkę rowerową. Ścieżka dosłownie zaraz się kończy i trzeba jechać drogą – przy czym warto jechać prosto al. Górników Staszicowskich. My na moment odbijamy do ul. Krakowskiej i wydaje się, że to dobry przejazd, ale w którymś momencie spokojna uliczka się kończy i musimy wjechać na paręnaście metrów na pobocze ul. Krakowskiej – nic przyjemnego.
Dalej jedziemy już cały czas ścieżką rowerową wzdłuż tejże dużej, ruchliwej ulicy. Mijamy miejscowości Słowik, Zagrody i Nowiny. W końcu ścieżka rowerowa się kończy – żeby nie narażać się ponownie na pobocze ul. Krakowskiej, odbijamy lekko w prawo i wydeptaną ścieżką przez trawę i małą rzeczkę docieramy do drogi wiodącej już prosto do jaskini Raj.

A w jaskini niespodzianka. Kupujemy bilety, już mamy płacić, a pani kasjerka mówi, że wejście o 12. Ale jest około 10. „To tylko 2 godziny”. Grzecznie podziękowaliśmy. Za dwie godziny to my będziemy już daleko stąd. A i atrakcji dzisiaj jeszcze mamy sporo. Więc niestety nie powiemy Wam, czy rzeczywiście jest to atrakcja warta zobaczenia. Jak widać, bez kupionych online biletów lub dużego zapasu czasu, nie warto tu nawet podjeżdżać.

Za to przejazd od jaskini Raj do Chęcin wynagrodził rozczarowanie brakiem wejścia do jaskini. Zamiast jazdy obok ruchliwej drogi na wprost, my przejeżdżamy przez całkiem przyjemny lasek. Jest tu nawet czarny szlak rowerowy, więc całość jest przejezdna. Trudno tylko znaleźć wjazd na ten szlak – tuż przy budynku kawiarni. A za lasem jedziemy asfaltem przez wioski i przedmieścia.
Chęciny
Chęciny same w sobie nie robią większego wrażenia. Widać, że część ulic była niedawno remontowana, bo jedziemy eleganckim asfaltem – częściowo są tu ścieżki rowerowe. Bliżej centrum robi się gorzej, bo nie dość, że pojawiają się kocie łby, to jeszcze jest pod górkę. Ryneczek jest niewielki i nie znajdujemy kawiarni. Do kawiarni dopiero musimy dojechać. Wjeżdżamy pod górkę (ale już znowu asfaltem) na wzgórze z zamkiem i tam na parkingu trafiamy na kawę i ciacho.

Musimy nabrać sił przed wyjeżdżaniem wyżej na wzgórze pod sam zamek 🙂 Niezbyt szeroką alejką spacerową z budkami i straganami z pamiątkami wyjeżdżamy na Górę Zamkową pod kasę biletową. Wzdłuż alejki spotykamy też królów i ich rycerzy i królowe – są tu m.in. królowa Bona 🙂


Na zamek dostajemy się bez problemu – bilety są. Nie jest zbyt duży, więc na spokojne zwiedzanie trzeba przeznaczyć ok 45 minut. Na niższym dziedzińcu odbywają się gry i zabawy dla dzieci, natomiast w pozostałych częściach budowli jest spokojniej. Choć turystów jest sporo.


Zamek to są ruiny, nie zachowało się dużo, a wyposażenia pomieszczeń nie ma żadnego. Są za to inne atrakcje. W jednej części są wywieszone herby rycerskie, w innej ustawione są średniowieczne narzędzia tortur.


Szkoda tylko że nie ma jakiejś mapki, a informacje o zamku są skąpe – znaleźliśmy 2 tablice dotyczące konkretnego fragmentu ruin. Można odsłuchać audio przewodnik z kodów QR, ale są to tylko bardzo krótkie nagrania. Przez cały czas pobytu na zamku nie dowiedzieliśmy się, czemu ma on 3 wieże.

Bo największą atrakcją zamku są właśnie wieże. Wieży jest 3, a na dwie skrajne można wejść. Widok z nich jest super: na Chęciny, na Góry Świętokrzyskie, na wioseczki wokół. Przy dobrej pogodzie podobno widać stąd Tatry – nam się nie udało ich dojrzeć, ale na horyzoncie na pewno widzieliśmy Beskidy, więc pewnie i zobaczenie Tatr jest możliwe. No i oczywiście można zobaczyć sam zamek z innej perspektywy 🙂



Po zwiedzaniu udajemy się w dalszą drogę. Zjeżdżamy asfaltem w stronę Podzamcza Chęcińskiego. Samochodów nie ma dużo, więc zjazd jest czystą przyjemnością, a na dodatek towarzyszy nam w nim widok na zamek z jeszcze innej perspektywy. Czy on nie wygląda jak jakiś parowiec?!

Podzamcze
Żeby bezpiecznie dostać się do Podzamcza, unikając ruchliwej drogi, musimy skręcić z fajnego asfaltu na dziki przejazd przez trawę (nie zagapcie się tu, bo aż kusi by jechać dalej prosto w dół asfaltem!). Ale dzięki temu wystarczy, że tylko przejedziemy na drugą stronę drogi i już jesteśmy na miejscu. Tu czekają na nas kolejne atrakcje: dwór starostów chęcińskich i park. Wyglądają bardzo okazale!


Tutaj koniecznie warto przejechać kawałek dalej za park. Trafiamy tu pod Centrum Nauki Leonardo Da Vinci. Nie wchodzimy do środka budynku (a pewnie jest tam ciekawie), ale i na zewnątrz jest tu co robić. Są tu stanowiska z różnymi prostymi doświadczeniami fizycznymi – ekstra są doświadczenia optyczne!


Gdy „bawimy” się w tym ogrodzie doświadczeń, wybija godzina 12 – właśnie wchodzilibyśmy dopiero do jaskini Raj 😉
Tokarnia – Muzeum Wsi Kieleckiej
Z Podzamcza wyjeżdżamy małą uliczką i niestety po chwili jesteśmy zmuszeni wjechać na większą drogę. Szczęśliwie nie ma bardzo dużego ruchu, a my pedałujemy mocniej i szybko dojeżdżamy na miejsce. Jesteśmy w Tokarni w Muzeum Wsi Kieleckiej.


Skansen podoba nam się bardzo – nie jest tak duży jak ten w Sanoku, ale już z tym w Nowym Sączu i z tym we Wdzydzach można go porównać. Zaczynamy w sektorze małomiasteczkowym, dalej jest sektor wyżynny, dworsko-folwarczny, świętokrzyski, lessowy i nadwiślański. Wszystkie sektory to nie tylko budynki, ale też zaaranżowane otoczenie i nasadzenia. Oprócz kwietnych ogródków przy bogatszych chatach, znajdziemy tu pole zboża i zagrodę z kozami. W innej zagrodzie czekają na nas króliki, a w jednym z gospodarstw pod drzewem pasie się krowa.


Do niemal wszystkich chat można wejść – część z nich pokazuje życie w takich domach i chatach, a część jest zaaranżowana w specjalny sposób. Jest np. dom lekarza, dom rzeźbiarza, dom szewca, dom włókiennika i wiele innych, a także apteka i szkoła.


Co wyróżnia ten skansen od podobnych muzeów, w których do tej pory byliśmy, to to, że nie tylko do chat i domów można wchodzić. Można tu wejść też do wiatraka i do młyna, a w środku zobaczyć myśl techniczną tamtych czasów.


Ciekawostką jest też kościół usytuowany w sektorze małomiasteczkowym niedaleko wejścia – odbywają się w nim uroczystości. I nawet podczas naszego zwiedzania skansenu, trafiliśmy akurat na czyjś ślub. Taka dodatkowa atrakcja.

Na spacer po skansenie zeszło nam ponad 2 godziny – weźcie więc spory zapas czasu planując wycieczkę w tych okolicach!
Pińczów
Z Tokarni wydostajemy się między domkami jednego z osiedli. Dalej czeka na nas droga polna i leśna. Mijamy staw wędkarski, a tylko od czasu do czasu pojawia się piasek na drodze. Ogólnie jedzie się tu super i może ze dwa razy trzeba było fragment przepchać rower przez piach.

Dalej znowu wsie i większa droga. Jedziemy wzdłuż Nidy, więc niestety rajduje tu sporo aut z kajakami. Ale za to widoki są bardzo ładne. W Sobkowie mijamy zamek, a sporo dalej w miejscowości Stawy mijamy odnowiony dworek. Jedziemy raczej zwykłymi drogami, ale z niewielkim ruchem.

Aż dojeżdżamy do Pińczowa, który nas mocno zaskakuje swoją wielkością. Mają całkiem przyjemny ryneczek, a aktualnie remontują dworzec i kolejkę wąskotorową, która w przyszłości ma być lokalną atrakcją. Chcieliśmy jeszcze zobaczyć Pałac Wielkopolskich, ale niestety jest w głębi za ogrodzeniem i zamkniętą bramą.

Teraz czeka na nas wyjazd pod górkę. A dalej przyjemny płaski asfalcik i super ścieżka rowerowa wzdłuż drogi nr 766. Aż żal z tej ścieżki zjeżdżać, ale szybko okazuje się, że było warto. Kolejne 10km jedziemy cały czas przez las – najpierw szuterkiem premium, a potem (jeszcze większe zaskoczenie) piękną, asfaltową ścieżką rowerową.



Takimi ścieżkami asfaltowymi dojechalibyśmy pewnie prosto do Buska-Zdroju, jednak na nas czeka jeszcze jedna atrakcja po drodze: sosna w Wełeczu. Brzmi mało imponująco, ale na miejscu okazuje się, że rzeczywiście było warto tu podjechać – sosna ta wygląda jak mocno przerośnięte bonsai z kilkoma pniami i konarami wygiętymi pod kątem 90 stopni. Wyjątkowo ciekawe!


Busko-Zdrój
Od Wełecza i sosny do Buska-Zdroju jest już niedaleko. Tu mamy zaplanowany nocleg, więc udaje nam się zobaczyć trochę sanatoryjnego życia nocnego z muzyką i dancingami w knajpach w parku zdrojowym i kolorową fontanną.

Rano bardziej eksplorujemy miejscowość – począwszy oczywiście od tężni, przez park zdrojowy po zabytkowe sanatorium.


Znajdujemy też 2 ciekawe rzeźby: pomnik kolarza i ruchomą rzeźbę 3D, w której można odbić swoją sylwetkę.


A przy kaplicy św. Anny w parku zdrojowym od strony ul. 1 maja trafiamy na napis z nazwą miejscowości. To już chyba wszystkie tutejsze atrakcje, więc możemy ruszać w dzisiejszą drogę: a przed nami dziś ok 110 km. Jak na złość zaczyna padać i wszystko wskazuje na to, że cały dzisiejszy dzień spędzimy mniej lub bardziej w deszczu. Tym bardziej nie zatrzymujemy się już tu dłużej (jest już 10:30…) i wyjeżdżamy z Buska, po drodze przejeżdżając przez ciekawą architektonicznie kładkę pieszo-rowerową nad ul. Starkiewicza.


Aż do Wiślicy, a dokładniej mówiąc aż do Koniecmostów jedziemy lokalnymi drogami – dzisiaj nie mija nas dużo samochodów. Gdyby nie ten deszcz, jechałoby się całkiem w porządku.
Eurovelo 11
W Koniecmostach wjeżdżamy na ścieżkę rowerową. Od tego miejsca aż do Proszowic zrobiona już jest trasa Eurovelo 11 – jest to super ścieżka rowerowa, która wije się z dala od drogi z samochodami, głównie przez pola uprawne. Jest więc bezpiecznie i malowniczo. Mimo deszczu (a może właśnie tym bardziej w deszczu) jedzie się tu sprawnie i przyjemnie. W kilku miejscach mijamy MORy. Jedynym minusem jest to, że w wielu miejscach na tym super asfalcie jest ziemia z pól rozjechana przez maszyny rolnicze – przy ładnej pogodzie pewnie nawet nie zwrócilibyśmy na to uwagi, dziś cali jesteśmy opryskani mokrym błotem… Ale nie ma co narzekać, bo trasa jest pierwsza klasa!



Kazimierza Wielka
W Kazimierzy Wielkiej na moment zjeżdżamy z trasy do centrum, żeby zjeść jakiś obiad i przez chwilę ogrzać się i trochę podsuszyć w knajpce. Omija nas przez to jezioro Małoszówka – ale przy tej pogodzie i tak to rekreacyjno-plażowe miejsce nie byłoby specjalną atrakcją. Zamiast tego przejeżdżamy przez park miejski i możemy zobaczyć pozostałości po cukrowni i inną wodną atrakcję miasta: Stawy Kazimierskie.



Za Kazimierzą ponownie trafiamy na Eurovelo 11 i piękną asfaltową ścieżkę rowerową. Wjeżdżamy do Małopolski i w końcu pojawiają się oznaczenia trasy (nie żeby wcześniej jakieś drogowskazy były konieczne, trudno się tu zgubić).



Nie dojeżdżamy do Proszowic, bo odcinek Kraków-Proszowice nie jest jeszcze zrobiony, a jazda zwykłą drogą z samochodami to byłoby tu proszenie się o nieszczęście (nawet autem nie lubimy jeździć tą drogą). Podkradliśmy gpx i pomysł na ominięcie tego fragmentu od @VeloMalopolska – w Kościelcu zjeżdżamy z Eurovelo na południe i lokalnymi drogami do Nowego Brzeska. Tylko sama końcówka tuż przez miastem i dalej przejazd przez most przez Wisłę są mało przyjemne ze względu na duży ruch samochodowy – na szczęście nie jest to długi odcinek. Po drodze jeszcze mamy małe dodatkowe atrakcje: stawy i pałac w Pławowicach.

Wiślana Trasa Rowerowa
W Nowym Brzesku przejeżdżamy przez most na Wiśle i trafiamy na Wiślaną Trasę Rowerową. Od tego miejsca do domu mamy równo 40km. Na dodatek deszcz przestaje padać – no to „ogień na tłoki” i śmigamy asfaltem po wale Wisły.



Do zobaczenia na kolejnym smoczym szlaku!
Wesprzyj Smoka na Suppi lub postaw kawę!
